Archive for November, 2000

“Wujek” traci tempo

Tuesday, November 28th, 2000

Szef prokuratury wojskowej w Gliwicach, która prowadziła śledztwo w sprawie śmierci górników kopalni “Wujek”, twierdził wczoraj przed sądem, że z aktami sprawy zapoznał się dopiero… po jej umorzeniu, a potem chorował. Świadek Roman T. nie wie nawet, jak formułowano postanowienie o umorzeniu, ale w tej kwestii podległy mu prokurator jeździł do Warszawy.

Śledztwo w sprawie tragedii w kopalniach “Wujek” i “Manifest Lipcowy” w pierwszych dniach stanu wojennego nadzorowała bezpośrednio Naczelna Prokuratura Wojskowa w Warszawie. Nie doszukano się winnych śmierci 9 górników i postrzelenia 24, uznając, że broń użyta została w obronie koniecznej.

Proces, toczący się ponownie przed katowickim Sądem Okręgowym, wyraźnie stracił tempo z powodu nieobecności świadków. Na wczorajszą rozprawę nie przyszło aż czterech spośród siedmiu wezwanych. Bardzo rzadko usprawiedliwiają swoje niestawiennictwo w sądzie. Często mieszkają pod innym adresem, nie odbierają więc wezwań. Do przesłuchania pozostało jeszcze kilkadziesiąt osób.

Im dalej od przestępstwa, tym trudniej o sprawiedliwość – wie o tym każdy prawnik. Najczęściej świadkowie zaczynają swoje zeznania od stwierdzenia: proszę sądu, już nic nie pamiętam, minęło 19 lat. Sąd ogranicza się więc do odczytania zeznań złożonych w poprzednim procesie i w śledztwie.

Były zastępca dowódcy 6. kompanii ZOMO, Piotr K. zeznał wówczas, że w żadnej z kopalń nie widział plutonu specjalnego, którego funkcjonariusze są na ławie oskarżonych, nie widział w jakich okolicznościach zginęli górnicy, a sam oberwał kamieniami w plecy.

Dziwnym zbiegiem okoliczności zawodowi zomowcy najmniej wiedzą o tamtych wydarzeniach. Pomocnik szefa sztabu katowickiego ZOMO, Julian R. zapamiętał tylko, że w jednostce mówiono, iż w KWK “Wujek” miał strzelać pluton specjalny, gdy górnicy nacierali na funkcjonariuszy. Strzelano z prawej flanki.

Autor artykułu: TERESA SEMIK

Zdesperowane pielęgniarki

Tuesday, November 28th, 2000

Tak jak w całej Polsce, w województwie śląskim rozszerzają się płacowe protesty pielęgniarek. Wczoraj siostry w Częstochowie pojawiły się przy łóżkach pacjentów ubrane na czarno. W ten sposób zamanifestowały swoją determinację w walce o 400-złotową podwyżkę płac. W Dąbrowie Górniczej 350 pielęgniarek przedstawiło swoje żądania. Domagają się wzrostu pensji, podobnie jak ich częstochowskie koleżanki, o 400 zł netto, a także zapewnienia im obuwia i odzieży roboczej oraz wypłaty “13″.

- Spory zbiorowe w naszym regionie są prowadzone w 20 placówkach – zapewniła “DZ” Krystyna Ptok, wiceprzewodnicząca Regionu Śląskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. – Na razie tylko w Wodzisławiu spór zakończył się podpisaniem porozumienia. Pielęgniarki w tamtejszym szpitalu uzyskały podwyżkę pensji o 250 zł od 1 grudnia, a w styczniu ich płace mają wzrosnąć o pięć procent.

Działaczki związkowe zapowiadają zaostrzenie akcji, jeżeli pracodawcy nie wykażą woli porozumienia. Pielęgniarki w Dąbrowie Górniczej zarabiają 700 zł netto i uważają, że tak dalej być nie może.

Autor artykułu: (tal)

Polscy koszykarze grają dzisiaj z Estonią

Tuesday, November 28th, 2000

Dzisiaj we Wrocławiu reprezentacja Polski koszykarzy rozegra trzeci w ciągu tygodnia mecz eliminacyjny do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Biało-czerwoni podejmują Estonię i żaden z zawodników nie dopuszcza do siebie myśli, by mogli to spotkanie przegrać.

Co więcej, Polacy są przekonani, że uda im się pokonać Estończyków różnicą większą niż 8 punktów. Jest to o tyle istotne, że pierwszy mecz obu zespołów rozegrany przed rokiem w Tallinie zakończył się zwycięstwem gospodarzy 84:76. Jeśli biało-czerwoni poważnie myślą o awansie do przyszłorocznych finałów, to muszą mieć lepszy bilans dwumeczu od zajmującej obecnie drugie miejsce w tabeli grupy B Estonii. A także, ale to zmartwienie na później, rozstrzygnąć na swoją korzyść jeden z dwóch styczniowych pojedynków: z Czechami i Grecją.

Najsłynniejszym estońskim koszykarzem jest mierzący 206 cm Martin Muursepp. Potężny skrzydłowy ma za sobą grę w lidze NBA (Utah Jazz, Miami Heat i Dallas Mavericks), a obecnie reprezentuje barwy greckiego AEK Ateny. 26-letni Muursepp był bohaterem meczu Estonia – Polska w Tallinie i to głównie jemu gospodarze zawdzięczają tamtą wygraną. Gwiazdę AEK Ateny wspierają dysponujący świetnym rzutem z dystansu: Gert Kullamae, Aivar Kuusma, Margus Metstak i Rauno Pehka. By ich powstrzymać, polska obrona będzie musiała zagrać lepiej niż w sobotę przeciwko Białorusinom, którzy 10-krotnie zdołali trafić za 3 punkty ponad rękami naszych defensorów.

Nasi dzisiejsi rywale, którzy dotarli wczoraj do Wrocławia z… Pragi, prezentują podobne walory co inne kraje nadbałtyckie: Litwa i Łotwa. – Siła Estonii to przede wszystkim gra na obwodzie czyli bardzo dobry rzut z dystansu i gdy trzeba dynamiczne wejścia pod kosz. Jest to poza tym zespół znakomicie zgrany i dzięki temu koszykarze doskonale się rozumieją – mówi trener polskiej reprezentacji Dariusz Szczubiał. Największym zmartwieniem naszego szkoleniowca jest absencja kontuzjowanego centra Joe McNaulla. Szczubiał już po sobotnim meczu przeciwko Białorusi, w którym ,Józek” doznał urazu stopy, stwierdził: – Nie będę dodatkowo powoływał żadnego wysokiego gracza. Na pozycji środkowego grać będą Kordian Korytek i Tomasz Jankowski. Sądzę, że będą sobie radzić z Estończykami, którzy nie imponują wzrostem. Nie odpowiem na razie na pytanie kto będzie indywidualnie krył Muurseppa.

Korytek – wychowanek MKKS-u Rybnik i wieloletni zawodnik Bobrów Bytom, obecnie reprezentujący Brok Słupsk – deklaruje, że jest gotów do gry w wyjściowym składzie.
- Myślę, że w dwóch ostatnich występach pokazałem na co mnie stać. To czy gram od pierwszej minuty, czy jestem zmiennikiem nie jest tak istotne jak końcowy efekt. A ten jest jak na razie zadowalający. Ani ja, ani nikt z kolegów nie dopuszcza do siebie myśli, że z Estonią może być inaczej niż z Austrią i Białorusią. Nie mamy wyjścia – musimy wygrać – obiecuje Korytek.

- Po dwóch wygranych z Austrią i Białorusią jesteśmy podbudowani psychicznie. Jestem przekonany, że przedłużymy tę dobrą passę – twierdzi były koszykarz Bobrów i Pogoni Ruda Śląska Andrzej Pluta, który rzucił w Tallinie 16 punktów. Najlepszym polskim strzelcem tamtego spotkania był zdobywca 20 punktów Adam Wójcik. Koszykarz Zeptera jest dzisiaj w lepszej formie niż rok temu, a na dodatek zagra przed uwielbiającą go wrocławską publicznością, więc może zagrać… jeszcze lepiej. Podobnie jak cały zespół.

Początek spotkania o 18.10. Transmisja w Wizji Sport.

Autor artykułu: MACIEJ MUZYCZUK

Z radością i dumą

Sunday, November 26th, 2000

Doroczny koncert najlepszych studentów polskich uczelni muzycznych, organizowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w tym roku odbył się w katowickiej Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego. Wzbudził ogromne zainteresowanie, widownia uczelnianej auli okazała się za ciasna. Gościom – a zjechali do nas rektorzy wszystkich konserwatoriów – gospodarze mogli się pochwalić nową salą Senatu AM, bardzo nowoczesną, ale i harmonijnie wplecioną w urodę zabytkowego gmachu.

Prezentowałem na łamach “DZ” sylwetki wszystkich uczestników ?Koncertu roku 2000? i programy ich występów. Po koncercie mogę napisać: możemy być zadowoleni i dumni, młodzież mamy utalentowaną i dobrze prowadzoną. I podejrzewam, że takie koncerty można byłoby organizować nie w cyklu rocznym a… semestralnym. I byłoby kogo prezentować.

Znakomicie w tym koncercie pokazały się Katowice. Hubert Salwarowski z klasy fortepianu prof. Andrzeja Jasińskiego, po niedawnym debiucie z NOSPR, w Brahmsowych balladach (d-moll i D-dur, op. 10 nr 1 i 2) potwierdził swój bardzo dojrzały już pianizm, wielką wrażliwość i muzykalność. Student prof. Michaliny Growiec, baryton Adam Szerszeń podobno wystąpił z chorym gardłem, ale ja tego nie zauważyłem. Od pewnego czasu baczniej przysłuchuję się temu utalentowanemu śpiewakowi, członkowi renomowanego Zespołu Śpiewaków Miasta Katowie – Camerata Silesia, i coraz silniej jestem przekony o tym, że w nim rośnie nam godny następca nieodżałowanego Andrzeja Hiolskiego, jednego z najwspanialszych – a barytona najlepszego – śpiewaków w dziejach polskiej wokalistyki. Wielkiej urody głos Adam Szerszeń splata z ogromną dojrzałością, nad młodzieńczy popis przedkładając emocjonalną głębię. Zaimponował już samym wyborem do programu koncertu dwóch sonetów Tadeusza Bairda (nr 1 i 4) do tekstów Williama Szekspira, porywając ich wykonaniem z towarzyszeniem Orkiestry Kameralnej AM w Katowicach pod dyrekcją Szymona Bywalca.

Ogromną radość katowickiej publiczności sprawili i największy aplauz zdobyli studenci krakowskiej AM, Jarosław Bester, Oleg Dyjak i Marcin Wiercioch – Trio Akordeonowe (kl. Janusza Patera), czule dotykające naszych regionalnych sentymentów do tego instrumentu. Preludium Andrzeja Krzanowskiego zagrali tak, jakby to był utwór na organy a w Rondzie Capriccioso Władysława Zołotariewa zademonstrowali, jak pysznie muzyką można się bawić.

Z tego bardzo udanego koncertu możemy sądzić, że dobrze prowadzi się kameralistykę na uczelniach Gdańska i Warszawy, co objawiły kwartety “Dali” (kl. prof. Anny Prabuckiej-Firlej) i “The Royal String Quartet”. Dobrze zapisują się też w mej pamięci, bardzo muzykalni – wrocławski gitarzysta Kamil Bartnik (kl. prof. Piotra Zaleskiego) i gdański klarnecista Grzegorz Wieczorek (kl. prof. Marka Schillera). Oczywiście, to moje typy, ale w tym koncercie młodych talentów z Akademii Muzycznych w Bydgoszczy, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie, Katowicach, Łodzi, Gdańsku i Warszawie, każdy z wykonawców mógł znaleźć swojego fana. I to napawa optymizmem.

Gospodarze, z JM Rektorem, prof. Julianem Gembalskim na czele, bardzo poważnie potraktowali ten koncert, nie zamykając spotkania w wyłącznie muzycznych ramach. I na samej estradzie “Koncertu roku 2000″ i w hallu przedstawiono prace plastyczne studentów katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. To się nazywa integracja i promocja. Taka praktyka cieszy.

Autor artykułu: MAREK SKOCZA

Anioł, mistyk ze Śląska

Sunday, November 26th, 2000

“Najpierw długo leżał przed krzyżem z dala od świętych figur ołtarza, by dusza odszczepieńca wypędziła z siebie resztki dawnej, prawowiernej pobożności. A potem niezgrabnie na kolanach pogramolił się w stronę, gdzie ze znakami nowej wiary czekali na niego czterej rodzice chrzestni. Ksiądz zlał go wodą, namaścił krzyżmem, a do gęby nałożył mu piasku zmieszanego z solą…”

Po 12 czerwca 1563 roku, kiedy Johannes Scheffler złożył we wrocławskim kościele św. Macieja wyznanie wiary rzymskokatolickiej (od tej chwili nosił imię Angelus), pojawiło się więcej pamfletów protestanckich podobnych do tego, którego fragmenty powyżej strawestowałem. Łączyła je gorycz i niechęć do Schefflera (niedawno jeszcze współwyznawcy w wierze ewangelickiej), szyderstwo i gorycz zawiedzionej nadziei autorów.

Nie było – jak w wypadku Jakuba Böhmego – siedmiu dni oświecenia, nie było Boga, który ukazał się, by objawić swe życzenie. Historia konwersji Schefflera jest tak pospolita, że wręcz domaga się uzupełnienia w postaci efektownej legendy – pisał Jan Tomkowski, wybitny polski znawca mistyki.

Na autorytet Tomkowskiego (niestety nie przyjął zaproszenia do udziału) powoływano się zresztą parokrotnie podczas zorganizowanej w ubiegłym tygodniu dwudniowej konferencji naukowej pt. “Podróż do źródeł mistyki śląskiej. Cherubowy wędrowiec”. Uczonych i artystów zajmujących się twórczością Johanna Schefflera, nazywanego Aniołem Ślązakiem, gościł Instytut Mikołowski.

Zamiast efektownej legendy o konwersji powstała jednak – zapisana w mistycznych strofach Anioła Ślązaka – liryczna przypowieść o człowieku, który zmagał się z własną religijnością, który zadawał sobie pytania o rzeczy ostateczne i zaraz na nie odpowiadał:
Jam wielki niczym Bóg, w małości my podobni,
Nie może On nade mną, nie mogę ja być pod Nim.

Takie refleksje musiały w XVII wieku budzić sprzeciw wielu konserwatywnie myślących współwyznawców, i to zarówno ewangelickich, jak też – w czasach, kiedy Anioł Ślązak zaangażował się w ruch kontrreformacyjny – katolickich. Ale to one właśnie stanowią dziś o sile twórczości tego artysty i filozofa.

Kiedy uczestniczący w konferencji wrocławski profesor Jerzy Kosian próbował zdefiniować pojęcie “mistyka śląska”, mówił o charakterystycznym dla tego nurtu myśleniu za pomocą paradoksu, tak przecież ważnym w twórczości Anioła Ślązaka. Połączenie sprzeczności pozwoliło Angelusowi odkryć dla człowieka nowe przestrzenie duchowości, stworzyć nieznaną dotąd relację człowieka z Bogiem, w której obaj stali się od siebie zależni, pozostając partnerami. Być może tym, co najbardziej uwodzi dzisiejszego czytelnika dwuwierszy z “Cherubowego wędrowca”, jest rozwijana tam w różnych wariantach idea dostojeństwa człowieka, jego duchowego szlachectwa czy – jak to określił jeden z mówców – ambitnego człowieczeństwa.

Uczeni szukają jednak dziś także innych, czasem zgoła niespodziewanych odniesień dla filozofii Anioła Ślązaka. Prof. Anna Sobolewska, autorka odczytu ,Bóg jako ja – Anioł Ślązak a mistyka Wschodu”, odnajdywała podobieństwa (głównie w poetyckim obrazowaniu i metaforyce) między mistyką Ślązaka a księgami jogów i poezjami wedyjskimi. Ks. prof. Wincenty Myszor zastanawiał się z kolei, czym – wobec postulatu poznania jako najważniejszego zadania człowieka – była gnoza Anioła Ślązaka. Na śmielsze refleksje pozwolił sobie wspomniany prof. Kosian, który doszedł do wniosku, że współczesnej fizyce kwantowej – zdaje się – były znane najważniejsze założenia filozofii Silesiusa. Mówienie o filozofii paradoksu Anioła Ślązaka zawiodło chyba samych dyskutujących na skraj paradoksu. Tak przynajmniej wypadałoby rozumieć ostrzeżenie Henryka Wańka (m.in. autora książki “Podróż mistyczna”, w której jest rozdział o A.Śl.): – Zbyt duża jest łatwość w przykładaniu mistyki Anioła Ślązaka do różnych miar. Pewien amerykański autor napisał nawet rozprawę o nim jako o… twórcy haiku!

Czyj jest Anioł Ślązak – ewangelicki czy katolicki, polski czy niemiecki? Tego pytania nie zadano wprost, ale pojawiło się ono w tle dyskusji o stosunku śląskiego mistyka do ortodoksji, o przypisywanej mu – z reguły niesłusznie – skłonności do herezji. Znamiennym jest – zauważył ks. dr Henryk Czembor – że pieśni Silesiusa do dziś znajdują się w polskim i niemieckim kancjonale ewangelickim, gdy w polskim śpiewniku katolickim próżno ich szukać. Anioł Ślązak nie pasował do czasów kontrreformacji w równym stopniu, jak dziś jego myślenie nie pasuje do prostych analogii. Ta historia wydarzyła się gdzieś pomiędzy ortodoksją a herezją, na pograniczu luteranizmu i wiary katolickiej, w kulturowej przestrzeni bez miejsca. Gdzieś, czyli tu, na “mistycznym Śląsku”.

Anioł Ślązak, Angelus Silesius, a właściwie Johannes Scheffler (1624-1677), był niemieckim poetą-mistykiem i filozofem, autorem kilkuset pieśni religijnych, mistycznych aforyzmów. W młodości studiował medycynę, historię i filozofię.

W 1649 r. , po studiach, przyjął posadę nadwornego lekarza ks. Sylwiusza Niemroda w Oleśnicy, właściciela największej biblioteki na Śląsku. Cztery lata później przeszedł na katolicyzm, a w 1661 r. przyjął święcenia kapłańskie. Po otrzymaniu święceń kapłańskich mocno zaangażował się w zwalczanie protestantyzmu.

Do historii literatury i filozofii przeszedł jako autor zbioru mistycznych aforyzmów wierszem pt. “Cherubowy wędrowiec”.

Autor artykułu: ROBERT SIEWIOREK

Barbórkowa pielgrzymka

Sunday, November 26th, 2000

Górnicy i energetycy modlili się wczoraj na Jasnej Górze podczas jubileuszowej X pielgrzymki. Pątnicy w świątecznych mundurach górniczych przy wtórze orkiestry dętej przemaszerowali z kościoła pod wezwaniem św. Barbary – patronki górników do jasnogórskiej bazyliki. Pielgrzymów przywitał w imieniu ojców paulinów o. Jan Zinówko, któremu pątnicy przekazali w darze mundur górniczy.

- Napotykamy przeciwności i nie widzimy w trudnych, zawiłych chodnikach jasnego światła – mówił do górników o. Zinówko. – Brak filaru. Są jakieś ściany, których ani żaden kombajn, ani żaden pomysł nie może skruszyć. Przychodzimy więc do Matki, by wzięła nasze trudne ,dziś” w swoje ręce, by przemieniła to, co ciężkie.

Pątnicy – w tym władze resortu górnictwa – uczestniczyli w sumie celebrowanej przez ks. bpa Jana Wątrobę, biskupa pomocniczego Archidiecezji Częstochowskiej oraz w akcie zawierzenia polskich górników Matce Boskiej Częstochowskiej.

Autor artykułu: (vig)

Skok na bank

Thursday, November 23rd, 2000

Trwa obława na gangsterów, którzy wczorajszego przedpołudnia obrabowali filię banku przy ulicy Gacka w Sosnowcu. Bandyci mieli broń. Ukradli 20 tys. zł. Potem odjechali skradzionym samochodem.

- Do rozboju doszło w środę o godzinie 9.10. Dwaj napastnicy nie byli zamaskowani. Zaatakowali, gdy współwłaściciel ajencji bankowej wraz z kasjerką wchodzili do pomieszczenia. Grożąc pistoletem zażądali pieniędzy – relacjonuje podkomisarz Jarosław Głośny z Komendy Miejskiej Policji w Sosnowcu.

Rabusie przystawili broń do głowy bankowca, wyrwali mu walizkę zawierającą banknoty. Przerażona kasjerka zaczęła krzyczeć. Pracownicy sąsiednich firm natychmiast wyjrzeli przez okna. Dostrzegli dwóch ludzi biegnących w kierunku zaparkowanego przed bankiem czerwonego fiata uno. Po chwili samochód odjechał. Kilka sekund później oficer dyżurny sosnowieckiej policji zaczął odbierać pierwsze telefony od świadków rabunku. Na miejsce błyskawicznie przyjechały radiowozy.

- Na drogach w całym Sosnowcu ustawiono tzw. posterunki blokadowe. Funkcjonariusze na ulicy Dobrzańskiego znaleźli porzuconego fiata uno. Auto było kradzione – podkreśla aspirant Jacek Pytel ze Śląskiej Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.

Zuchwałego napadu dokonano w dzielnicy Klimontów. Niedaleko od filii banku mieści się komisariat policji. Wiadomo już, że na ulicy Dobrzańskiego bandyci przesiedli się do innego samochodu. Być może za kierownicą siedział ich wspólnik.
- Przestępcy musieli dokładnie zaplanować skok. Zapewne w poprzednich dniach obserwowali budynek. Nie obawiali się rozpoznania, prawdopodobnie więc mieszkają poza Sosnowcem – tłumaczy oficer śledczy.

Przypomnijmy, że policja poszukuje też gangsterów, którzy mają na sumieniu podobne napady w Katowicach i Będzinie.

Autor artykułu: DARIUSZ KRAWCZYK

Czteropaasmówka inaczej

Wednesday, November 22nd, 2000

Wiadukty nad ulicami Hallera i Miedzianą na czteropasmówce z Katowic do Sosnowca są w połowie gotowe. W środę wieczorem drogowcy zaczęli przekładać betonowe bloki rozdzielające pasy ruchu na jezdnię po stronie supermarketu TTW. Jezdnia w kierunku Sosnowca, po której jeździliśmy dotychczas, zostanie zamknięta.

Oba wiadukty – ten nad ulicą Hallera ma długość 84 metry, a ten nad ulicą Miedzianą jest o 20 metrów dłuższy – remontowane są od czerwca tego roku. Wymieniane są nie tylko nawierzchnie, ale także izolacja, budowane są nowe chodniki, wzmacniane podpory. Drogowcy właśnie zakończyli remont części, po której jadą samochody w kierunku Sosnowca. Od dziś zaczyna się remont drugiej części, a samochody pojadą po wyremontowanym odcinku.

GPS – system zarządzania flotą pojazdów

Problemem była tylko zmiana organizacji ruchu. Na środku jezdni muszą znajdować się betonowe bloki, które będą rozdzielały przeciwległe pasy.

- To droga ekspresowa, po której jedzie bardzo dużo samochodów. Ruch musi być w ten sposób rozdzielony – wyjaśnia Wacław Szewczyk z południowego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Publicznych w Katowicach.

Przekładanie betonowych bloków rozpoczęto wczoraj o godzinie 21.

Normalny ruch na wiaduktach ma być przywrócony najpóźniej w listopadzie przyszłego roku, choć drogowcy twierdzą, że nastąpi to wcześniej. Oddanie do użytku jezdni po stronie TTW pozwoli jadącym od strony tego supermarketu na znacznie łatwiejsze włączanie się do ruchu w kierunku Katowic, bo przygotowano dla nich dodatkowy pas.

Autor artykułu: (ADW)

Groźny piec

Wednesday, November 22nd, 2000

Cudem uniknęli śmierci zatruci tlenkiem węgla lokatorzy budynku przy ulicy Kołłątaja w Siemianowicach Śląskich. Do szpitali przewieziono wczoraj pięć osób. Zdaniem lekarzy życiu pacjentów nie zagraża już niebezpieczeństwo.

- Nocą z wtorku na środę o godzinie 23.55 otrzymaliśmy informację, że mieszkańcy kamienicy ulegli poważnemu zaczadzeniu. Prawdopodobnie zatrucie spowodował wadliwie działający piec węglowy znajdujący się w kuchni – powiedział nam wczoraj komisarz Marek Łyko, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Siemianowicach Śląskich.

Załogi karetek pogotowia ratunkowego przetransportowały trzech dorosłych do siemianowickiego Szpitala Miejskiego. Wśród zaczadzonych było również dwoje dzieci mających 2 i 4 lata. Malcy zostali poddani hospitalizacji w chorzowskim szpitalu przy ulicy Truchana.

- W środę pod wpływem zastosowanego leczenia objawy zatrucia ustąpiły. Stan dzieci można już określić jako dobry. Młodzi pacjenci pozostaną jednak na obserwacji przez kilka najbliższych dni – stwierdziła dr Regina Ulfig-Maślanka, ordynator Oddziału Niemowlęco-Rehabilitacyjnego i Patologii Nowoworodka chorzowskiego szpitala.

Autor artykułu: (kra)

Zapadł się pod ziemię

Monday, November 20th, 2000

W parku nad Wartą, za szpitalem im. Rydygiera, strażacy poszukiwali wczoraj mężczyzny, który miał nagle zniknąć pod ziemią.Alarm podniósł 40-letni mężczyzna. Był przekonany, że jego przyjaciel, z którym szedł przez park wpadł, albo został wciągnięty do jakiegoś wykopu lub jamy. Pobiegł po pomoc do szpitala. Szpital powiadomił policję i straż pożarną.

W Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 3 dyżurny odebrał wezwanie o godzinie 9.10. W kilka minut później starażacy byli już na miejscu. Przyjechali dwoma wozami specjalistycznymi.

- Nigdy nie lekceważymy żadnego sygnału – mówi dowódca jednostki młodszy brygadier Roman Soluch. – Dokładnie pamiętamy akcję ratowania mężczyzny przysypanego w wykopie przy ulicy Srebrnej. I tutaj mogło być podobnie.
Strażacy dokładnie sprawdzali każdy krzak, zagłębienie terenu. Przeszukali teren pod wiaduktem na ulicy Mirowskiej, między rurami ciepłowniczymi.

Mężczyzna, na którego wezwanie przyjechali strażacy, starał się pomagać w poszukiwaniach. W pewnym momencie wskazał na pień po wyciętym drzewie. – Tu go wciągnęło, pod ten pniak – tłumaczył z powagą i próbował wyrywać korzenie. Strażakom podał dokładne personalia przejaciela, adres jego miejsca pracy. Pożarnicy wszystko sprawdzili. Okazało się, że poszukiwany cały i zdrów jest w pracy.

- Nie wiem jak to się stało. On tu był ze mną. I zniknął. Przestraszyłem się. Czasem zdarza mi się, że nie wiem gdzie jestem, nie wszystko pamiętam – próbował wyjaśniać zamieszanie zatroskany o kolegę mężczyzna. Dalszych wyjaśnień wysłuchali policjanci w komisariacie.

Tym razem był to fałszywy alarm. Za takie straż uważa wezwania do zdarzeń, w których nie ma oznak zagrożenia. W tym roku, w Częstochowie i powiecie częstochowskim, na prawie 2 tysiące 300 alarmów, 95 było fałszywych. M.in. powiadamiano o pożarze kiedy zadziałała sygnalizacja przeciwpożarowa reagując na dym z papierosa, ktoś wystraszył się kłębów dymu wydobywających się z garnka ze spalonym mięsem, anonimowy rozmówca informował o rzekomo płonącym magazynie w jednej z firm, komuś wydawało się, że na drodze jest plama rozlanego oleju.

Większość wyjazdów to uzasadnione akcje, o różnym stopniu niebezpieczeństwa. Np. interwencje ratowania osób grożących samobójstwem wymagają szybkości, precyzji i umiejętności rozmawiania z desperatami. Kiedy strażacy zostali wezwani do ściągnięcia z dachu jednego z częstochowskich szpitali chorego psychicznie, który groził skokiem z wysokości, jechali bez włączonych syren. Chodziło o to, aby nie przestraszyć nie tylko stojącego na dachu, ale również pozostałych pacjentów. Akcja zakończyła się powodzeniem. Błyskawicznie trzeba było działać, aby uratować dziecko próbujące przechodzić przez barierki balkonu na trzecim piętrze. Maluch był sam w domu. Przerażeni sąsiedzi wezwali strażaków a sami rozciągali pod balkonem koc, w który mieli nadzieję złapać dziecko, gdyby spadło. Ratownicy nie zdecydowali się dotrzeć do malucha po drabinie. Mógł się wystraszyć. Wyważyli drzwi do mieszkania i ściągnęli dzieciaka z balkonu.

Niektóre interwencje strażaków mogą wydawać się błahe. Ale dla starszej, samotnej pani ściągnięcie ukochanego kotka z drzewa to bardzo ważne. Wie, że może liczyć na strażaków.

Autor artykułu: JANUSZ STRZELCZYK