Adam “urzęduje” w rodzinnym domu, na żorskim rynku, Karol naprawia czasomierze nieopodal, “na zapleczu” ojcowizny. Bracia Hałaczowie są potomkami jednego z najstarszych zegarmistrzowskich śląskich rodów. W trzecie milenium wchodzą z nadzieją, że wrócą czasy, gdy zegarmistrz nie musiał zajmować się handlem.
- Nasze zakłady znajdują się raptem kilkadziesiąt metrów od siebie, ale nie ma mowy o konkurencji – zgodnie twierdzą bracia Hałaczowie. – Pomagamy sobie, wymieniamy się częściami, nieraz jeden drugiemu dorabia jakiś element. Bez współpracy niewiele się zdziała, a nam zależy na reputacji. Zegarmistrz to w naszej rodzinie fach z tradycją, więc nie możemy nikogo zawieść. Każdy z nas ma zresztą swych klientów, zatem nie brakuje nam zajęcia. Jeden człowiek nie jest w stanie zrobić wszystkiego.
Z rodu Hałaczów wywodzili się m.in. dawni burmistrzowie, księża, rajcy i szefowie policji. Pierwszy zegarmistrz o tym nazwisku (nazywał się z niemiecka Hallatsch, bo było to za czasów pruskich) pojawił się w żorskich kronikach w 1750 roku. Na imię miał Karol. Jeden z jego potomków, również Karol, pradziadek współczesnych Hałaczów, już w drugiej połowie XIX wieku miał swój warsztat na rynku. Wyuczył tam fachu m.in. Franciszka i Pawła, synów swego brata, Aleksandra. Zmarł bezdzietnie, a świetnie wyposażony zakład zapisał bratankowi Pawłowi. Ten z kolei wyszkolił na zegarmistrzów obu swych potomków: Jana i Józefa, którzy pracowali z ojcem przez długie lata.
Gdy wybuchła II wojna światowa, bracia poszli na front. Po powrocie do Żor nie zastali ani domu, ani warsztatu. Wszystko legło w gruzach podczas artyleryjskiego ostrzału w marcu 1945 roku. Wtedy też zginął Paweł Hałacz. Jego synowie jednak nie mogli żyć bez zegarów i założyli zakład przy ul. Szeptyckiego. Józef przystąpił też do odbudowy zrujnowanej ojcowizny. Trwało to do roku 1958, ale warsztat na parterze otwarł podwoje wcześniej. Józef, który po wojnie ożenił się z Heleną Jabłonką, miał już wtedy 3 synów: Antoniego, Karola i Adama.
- Tata wciąż ślęczał z lupą przy oku, naprawiając różne skomplikowane mechanizmy, które nie miały przed nim tajemnic – wspominają bracia Hałaczowie. – Wychowaliśmy się przy tykaniu zegarów. Co dnia przechodziliśmy zresztą przez warsztat idąc do szkoły czy wracając do domu, bo wtedy nie trzeba było nosić ze sobą kluczy. Jest więc normalne, że wybraliśmy ten zawód. W ślady ojca nie poszedł tylko nasz najstarszy brat, Antoni, który ukończył geografię na Uniwersytecie Wrocławskim.
Zakład przy ul. Szeptyckiego dziś już nie istnieje. Żona Jana zlikwidowała go kilka lat po utracie męża, który zmarł bodaj w 1966 roku. Rodzinny interes na rynku przejął Adam (rocznik 1953). Ojciec pracował z nim aż do śmierci, czyli do 1990 roku. Młodszy z braci dziś prowadzi zakład z żoną Gabrielą, pomaga im też córka Helena. Druga córka, Ewa, kończy studium turystyczne. Karol (rocznik 1952) w latach 70. wybudował dom i warsztat przy pobliskiej ul. Bagnistej. Starsza z jego córek, Joanna, studiuje w Akademii Medycznej, młodsza, Barbara, w Akademii Ekonomicznej. Żona Halina zajmuje się najmłodszą pociechą, 2-letnim Piotrusiem, w którym ojciec ma nadzieję dochować się następcy.
Hałaczowie lubią “grzebać” w zegarach. Fascynują ich urządzenia, z jakimi nie mieli do czynienia. Radość sprawia im naprawianie zegarów mechanicznych, także ściennych i stojących, które zresztą zdobią i warsztaty, i mieszkania. W każdym pokoju pana Karola godziny wybijają przynajmniej dwa takie wiekowe czasomierze. Jednak bracia częściej zajmują się “kwarcami”, które ludzie kupują głównie dla wygody. Nie trzeba ich nakręcać, a baterię wymienia się rzadko. W dodatku spóźniają się lub przyspieszają najwyżej 15 sekund na miesiąc. Zegary mechaniczne są bardziej kłopotliwe w obsłudze i mniej dokładne, gdyż ich niepunktualność sięga minuty miesięcznie. Praca zegarmistrza polega więc dziś głównie na wymianie baterii i teleskopów oraz czyszczeniu mechanizmów.
- Co gorsza, rynek zalewa tajwańska tandeta, której nie warto naprawiać – ubolewa Karol Hałacz. – Bardziej opłaca się kupić nowy zegarek, bo minęły czasy, gdy trzeba było zapłacić zań nawet dwie dobre pensje. W efekcie zegarmistrz musi też handlować. Na szczęście moda na antyki co parę lat wraca, więc ludzie przynoszą do reperacji dawne, piękne zegary z ,duszą”. Ich naprawa w szczególny sposób uświadamia, że czas mija i nie da się go cofnąć. Mamy nadzieję, że zegary mechaniczne znów staną się popularne, a wtedy zawód zegarmistrza odzyska swoją dawną, rzemieślniczą rangę.
Autor artykułu: ELŻBIETA PIERSIAKOWA