- Zdaje pan sobie sprawę z tego, że odkąd zaczął pan grać w serialu “Świat według Kiepskich” zawsze będzie pan kojarzony z filmowym Ferdynandem Kiepskim?
- Niestety, nie uniknę pewnego zaszufladkowania. Ale trudno, wiedziałem co mnie czeka podejmując się grania takiej postaci. Wiem, że ludzie kojarzą mnie z Ferdynandem Kiepskim, lecz muszę z tym żyć. Nikt z nas nie sądził, że popularność serialu będzie tak duża. Zaczęliśmy grać trzy odcinki. Chcieliśmy zobaczyć co z tego wyniknie. Potem dalsze i tak ruszył taśmociąg produkcji.
Dziś jestem utożsamiany z Ferdynandem Kiepskim. Na ulicy ludzie do mnie wołają: “Cześć Ferdzi, może wyskoczymy na piwko i natrzepiemy kasiory?” To zaczyna człowieka męczyć, ale nie mam do nikogo pretensji. Kiedyś, kiedy rozdawałem autografy, podszedł do mnie człowiek i powiedział: “Cieszę się, że spotkałem jeszcze większego idiotę niż ja sam.” Nie wiedziałem, czy to komplement czy przytyk.
- Mimo to nadal gra pan w serialu. Czy lubi pan tę postać?
- Muszę go lubić, bo go gram. Takiego wymyśliłem, takiego stworzyłem i cieszę się, że publiczność go zaakceptowała. W tej postaci jest część mojej osobowości. Gdyby Ferdynanda grał Janusz Rewiński, bo on też miał taką propozycję, pewnie zagrałby inaczej.
- Krytycy zarzucają serialowi balansowanie na granicy dobrego smaku i pewną obsceniczność. Co pan na to?
- Zły smak w “Kiepskich”? Nie upatruję w serialu niczego zdrożnego. Tam przecież nie ma żadnych wulgaryzmów. Ja mówię kurde, a Walduś – kurna. Boczek mówi w mordę jeża. No, jeśli to jest wulgarne, to daj Boże żeby tylko tak rozmawiała ulica. Niech ci, co krytykują, posłuchają, jak mówią w “Psach”. Poza tym w “Kiepskich” nie ma przemocy. Nikt nikogo nie bije. Najwyżej czasem Walduś dostanie w łeb. Ale to jest śmieszne, a nie brutalne. Nie ma też żadnego seksu. Nawet jeżeli jest, to dlatego żeby się z niego pośmiać, a nie żeby go pokazywać. Nie ma nagości. Naprawdę nie ma niczego, do czego można by się przyczepić.
- A tzw. dowcipy poniżej pasa?
- Nie ma dowcipów poniżej pasa. To znaczy one są czasami sugerowane. Ale jak ktoś odbiera taki dowcip wprost, to rzeczywiście może być niesmaczny. Na to trzeba patrzeć innym okiem, z odrobiną dystansu. Wtedy dopiero zobaczymy, że głupota Kiepskich, przez te abstrakcje, które wymyślają, staje się nadgłupotą. A wtedy jest jakąś… mądrością.
Nie bez powodu publiczność, która ogląda serial (wg badań telemetrycznych) dzieli się tak: 40 proc. inteligencji po studiach, 40 proc. osób z wykształceniem podstawowym i zawodowym, a najmniejsza liczba to ludzie z wykształceniem średnim. Ludzie z wyższym wykształceniem widzą “podwójne dno”. Ludziom bez wykształcenia wystarcza dowcip, który my im podajemy. Natomiast średni mówią: “Nie. Jesteście za głupi i mało dowcipni. My się z takich dowcipów nie śmiejemy.”
- “Świat według Kiepskich” urósł niemal do rangi filmu kultowego. Dochodzę do absurdalnego wniosku, że to właśnie Kiepscy będą kiedyś obrazować rzeczywistość lat 90…
- W pewnym sensie tak. W ,Kiepskich” jest zwyczajna polska rodzina, która ma zwyczajne problemy. Kiepski jest bezrobotny, ale wesoły. Kpi ze wszystkich i ze wszystkiego. Jest cyniczny, lecz miły. I pije ogromne ilości piwa.
Stawiamy na wiarygodność. Mówimy prawdę prostym językiem i myślimy, że to się właśnie widzom podoba, ta autentyczność. Jak ja mówię: “Kurde, Walduś, może by my jakby my se poszli, kurde i by my se i…” zaczynam się jąkać to wtedy wygląda to bardziej naturalnie. Niegramatyczność jest dla nas atutem, a nie błędem.
Włodzimierz Korcz powiedział mi kiedyś: “Słuchaj, to jest okropność, co wy robicie. Mam pretensje do Ciebie, ponieważ ty jakoś tam uwiarygadniasz ten serial. I gdyby Ciebie nie było to dla naszych realiów byłoby lepiej”. Dziś nie wiem, czy to był komplement. Jeśli tak, to trochę zabolał.
- Czy trudno grać takiego prostaka?
- Wbrew pozorom tak. Potrzeba tu dużo szaleństwa i głupoty, a za każdym razem trzeba wymyślić jakąś hipergłupotę, by rozbawić widza. My nie mamy zaplanowanego scenariusza.
Wymyślamy odcinki z dnia na dzień, w zależności od tego, co komu wpadnie do głowy. Gdy nam się kończą pomysły, podsuwają nam widzowie, przysyłając swoje scenariusze. Dlatego Kiepski raz jest kosmitą, kobietą, prezydentem. I za każdym razem chcemy, by było to coś nowego. I by miało jakąś pointę.
- Pointa? Przecież to bełkot i bezsens!
- Wiem, że o to są do nas największe pretensje. Zarzucano mi: “o czym ty człowieku właściwie mówisz? O hemoroidach? Mieszasz to z teorią współczesnej muzyki i dywagacjami filozoficznymi. I jeszcze pies, który podnosi nogę jak sika. I że na czerwonkę nie chorowałeś. Gdzie sens i logika? Totalna bzdura.” Może. Lecz tylko wtedy, gdy się to odbierze dosłownie, litera po literze. To wtedy jest rzeczywiście bzdura. Ale jeśli tę rzeczywistość złoży się w jakąś całość i pomyśli dlaczego te bzdury mieszane są z wykładem, to w końcu wynika, że sztuka jest bez sensu. A jeśli była bez sensu, to znaczy, że miała jakiś sens, tylko że był on ukryty, głębszy, nie powiedziany wprost. To tak samo jak życie, które też jest bez sensu. A może jednak w tym bełkocie życia jest jakiś sens? Każdy z nas ostatnio żyje jakoś tak na gorąco, mieszając coś poważnego z czymś jednocześnie głupim. No i na tym przecież polega życie.
Autor artykułu: AGNIESZKA BRONOWICKA