Kiedyś drużyny Górnika i Widzewa należały do ścisłej krajowej czołówki, a na ich mecze przychodziło, obojętnie w Zabrzu czy w Łodzi, kilkadziesiąt tysięcy kibiców. Trybuny pękały w szwach. Teraz, po latach świetności w obu drużynach zapanował głęboki kryzys. Najlepszym tego dowodem są miejsca zajmowane przez te zespoły w grupie A.
Zabrzanie w tym sezonie nie wygrali jeszcze meczu ligowego u siebie. Wyjątek stanowi zwycięstwo Górnika w Zabrzu z GKS Katowice, ale było to spotkanie o Puchar Polski.
Wydawało się, że w minioną sobotę Górnik wreszcie przełamie tę dziwną niemoc i uraczy garstkę najwierniejszych kibiców nie tylko dobrą grą, ale przede wszystkim zafunduje im wygraną.
Dla obu zespołów mecz ten miał bardzo ważne znaczenie. Początek należał do gości. Wychowanek Górnika, grający teraz w Widzewie Marek Szemoński już w drugiej minucie mógł się wpisać na listę strzelców. Dość łatwo minął Grzegorza Lekkiego i strzałem z około 10 metrów próbował pokonać Andrzeja Bledzewskiego. Bramkarz Górnika z trudem zdołał złapać piłkę. Za chwilę Bledzewski znowu się popisał niezłym kunsztem, broniąc piłkę po strzale Marcina Zająca.
Dopiero po upływie pierwszego kwadransa zabrzanie poważnie zagrozili widzewskiej bramce. Po rzucie rożnym wykonanym przez Michała Probierza, piłkę przejął Rafał Kocyba i z kilkunastu metrów trafił w poprzeczkę. W 26 minucie Kocyba znowu bliski był zdobycia gola, ale piłkę po jego strzale zdołał wybić na róg bramkarz Widzewa Marcin Ludwikowski. Na tym w zasadzie skończyły się emocje w pierwszej połowie.
W przerwie meczu trener Górnika Waldemar Fornalik dokonał jednej zmiany. W miejsce kontuzjowanego Piotra Gierczaka na boisku pojawił się Stanisław Wróbel. Ten utalentowany napastnik ostatnio zbierał dobre recenzje.
W drugiej połowie gra była podobna do tej z pierwszej części meczu. Znowu na początku inicjatywę przejęli łodzianie. Wprowadzony za Szemońskiego w 58 minucie Sławomir Suchomski krótko po wejściu na boisko próbował zza linii pola karnego zaskoczyć Bledzewskiego, ale bramkarz Górnika był na posterunku. Zabrzanie widząc, że goście poważnie zabrali się do roboty zaczęli grać bardziej agresywnie i wkrótce przyniosło to efekty. Znajdującego się w polu karnym Widzewa Sebastiana Olszara sfaulował Mariusz Jop i sędzia Grzegorz Gilewski z Radomia podyktował rzut karny dla Górnika. Pewnym jego egzekutorem okazał się Robert Kolasa i zabrzanie objęli tak bardzo upragnione przez ich kibiców prowadzenie. Nie cieszyli się nim jednak długo. Po pięciu minutach piłkę na około 20 metrze ustawił sobie Suchomski. Długo składał się do strzału, ale wykonał go w tak precyzyjny sposób w samo okienko, że Bledzewskiemu nie pozostało nic innego, jak wyciągnąć piłkę z siatki.
Do końca meczu obie drużyny starały się zdobyć następne bramki, ale żadnej się to nie udało.
- Uważam, że Andrzej Bledzewski przy strzale Suchomskiego nie miał żadnych szans. Mieliśmy za mało atutów, aby rozstrzygnąć ten mecz na swoją korzyść – stwierdził obrońca Górnika Grzegorz Lekki, który rozegrał 150 meczów w ekstraklasie i z tej okazji otrzymał pamiątkowy puchar.
- Za mało stworzyliśmy strzeleckich sytuacji, aby myśleć o wygranej. Strzał Suchomskiego był tak silny, że trudno było go obronić – mówił Bledzewski.
- Wszedłem na boisko praktycznie bez rozgrzewki. Potrzebowałem dziesięciu minut, aby się rozgrzać. Strzał z którego padł gol naprawdę mi wyszedł. Szkoda, że trener wcześniej nie wpuścił mnie na boisko. Czułem się bardzo dobrze i wierzyłem w to, że mogę strzelić więcej goli. Podobną bramkę zdobyłem w Zabrzu, grając w GKS Bełchatów, tyle że tamten gol padł z akcji po strzale z około trzydziestu metrów – powiedział Suchomski.
- Zawsze kiedy jestem w Zabrzu, a przecież wciąż tu mam mieszkanie, staram się być na meczach Górnika. Spotkanie z Widzewem nie było wielkim widowiskiem, ale cóż, obie drużyny są teraz w dość trudnej sytuacji. Uważam, że remis jest sprawiedliwym wynikiem – komentował były piłkarz Górnika i reprezentacji Polski Andrzej Szarmach.
Autor artykułu: ANDRZEJ AZYAN