Archive for November, 2001

(Nie)spokojna zima?

Friday, November 30th, 2001

Jesienne sukcesy piłkarzy BBTS Marbet Ceramed rozpaliły oczekiwania kilku tysięcy sympatyków piłki nożnej na powrót II ligi do stolicy Podbeskidzia. Czy jednak zimowa temperatura nie ostudzi nadziei? Po ostatnim meczu, zakończonym fetą na stadionie BKS, tylko niektórzy zastanawiali się, czy wiosną piłkarze wybiegną w takim samym składzie.

Nie od dziś wiadomo o długach bielskiego trzecioligowca i jego zaległościach wobec piłkarzy w wypłacaniu premii. Pojawiły się nawet głosy, że z taką kondycją finansową klub nie doczeka rundy rewanżowej, a na pewno nie zrobi tego jej kilku piłkarzy, których kuszą kluby z wyższych lig.

- Klub ma zobowiązania. Ale faktem jest też, że zrealizuje je w ciągu kilku najbliższych dni i po raz pierwszy na święta będziemy mogli rozejść się normalnie – uspokaja prezes Ceramedu Marian Antonik.

Zapowiada przy tym, że długi zostaną spłacone, a premie piłkarzy do 5 grudnia uregulowane.

- Nie ma powodu, żeby tak się nie stało. Jedyne zaległości jakie posiadamy, to premie meczowe. Nie ma zaległości kontraktowych. Z pensją, jeśli się spóźnialiśmy, to zwykle o kilka, kilkanaście dni – tłumaczy.

Według niego nie powinno się robić sensacji z zaległości klubowych, bo niebawem ich nie będzie. Prezes nie chce jednak zdradzać, jak klub zamierza wyjść z długów.

- Prowadzimy rozmowy ze sponsorami, ale jest za wcześnie, by o tym mówić. Niektóre rozwiązania będą zaskakujące. W tej chwili nie mogę wiele powiedzieć – twierdzi Antonik.
Tymczasem piłkarze do 5 grudnia cierpliwie czekają i trenują pod okiem trenera Wojciecha Boreckiego. Później do 5 stycznia będą mieli wolne. Kłopoty finansowe klubu nie ułatwiają pracy szkoleniowcowi. Trener jednak nie chce za dużo mówić o tej sprawie.

- Na pewno nie możemy zmarnować takiego kapitału jakim są kibice. Pod tym względem plasujemy się w pierwszej piątce klubów w kraju. Szkoda by tego było. Poza tym, jeśli nie awansujemy teraz, to już chyba nigdy – uważa Borecki. Oprócz spraw finansowych problemem jest brak własnych stadionu i siedziby. – Wszędzie czujemy się gośćmi i to trochę kłopotliwe – przyznaje trener.

Jeżeli zapowiedzi prezesa się sprawdzą i 5 grudnia wszystkie zaległości zostaną uregulowane, kibice będą mogli spać spokojnie. Warto jednak dodać, że gdyby organizacja klubu dostosowała się do wyników sportowych piłkarzy, o przyszłość Ceramedu nikt by się nie musiał martwić. I nie trzeba by było czekać aż św. Mikołaj przyjdzie dzień wcześniej i uratuje sytuację. Chyba że przyniesie rózgi.

Autor artykułu: ŁUKASZ KLIMANIEC

Bankructwo szpitali?

Friday, November 30th, 2001

W przyszłym roku szpitale, dla których organem założycielskim jest samorząd województwa śląskiego, mogą znaleźć się w katastrofalnej sytuacji finansowej. Z obiecanych na restrukturyzację ponad 20 milionów, mogą dostać co najwyżej kilkaset tysięcy.

Sytuacja ta mocno martwi władze województwa.
- Mam nadzieję, że coś się zmieni – powiedział podczas wczorajszej konferencji prasowej Jan Olbrycht, marszałek województwa śląskiego. – W tej sprawie nieustannie monitujemy władze centralne.

Tylko 14 z 66 szpitali, dla których Sejmik jest organem założycielskim znajduje się na finansowym plusie, a o połowie można powiedzieć, że ma płynność finansową. Pozostałym zagląda w oczy widmo bankructwa. Jeśli Ministerstwo Zdrowia nie udzieli im pomocy, przyszły rok może być dla nich ostatnim rokiem działalności.

Autor artykułu: (wit)

Taki los

Friday, November 30th, 2001

Naprawdę, nie rozumiem rodziców, którzy nie chcą zająć się moją babcią, chorującą i wymagającą stałej opieki – mówi Agnieszka S. z Gliwic, studentka pedagogiki. – Jest od dawna w szpitalu. Powinna z nami zamieszkać, ale rodzice nie chcą się na to zgodzić. Uważają, że jest na to zbyt chora. Babcia ciągle pyta, kiedy ją stamtąd zabierzemy.

Rodzice Agnieszki teraz już w ogóle nie chcą odwiedzać starszej pani. Kiedy okazało się, że może wrócić do domu, wpadli w panikę. Unikali decydującej rozmowy z lekarzami. Kobieta jest chora na mocznicę, ma kłopoty z sercem, z poruszaniem się; i cierpi na demencję. Skończyła 75 lat.
- Kiedy idę do babci, zaznaczają, żebym nie obiecywała gruszek na wierzbie. To znaczy, że nie wezmą jej do domu. Podobno szukają dla niej jakiegoś zakładu opieki, ale chyba się tego wstydzą. Najgorsze, że babcia nic o tym nie wie – opowiada Agnieszka ze łzami w oczach.

Nie ma miejsca
Rodzinie Agnieszki nieźle się powodzi, rodzice jednak niemal cały dzień spędzają poza domem. Matka pracuje w biurze turystycznym, ojciec jest prokuratorem. Wracają do domu późnym wieczorem i nie mają czasu nawet na to, żeby porozmawiać z trójką swoich dzieci.

- Babcia zachorowała nagle. Na początku nawet dość często ją odwiedzali, ale później coraz rzadziej – dodaje Agnieszka. – Teraz to już tylko ja się z nią widuję. To ode mnie lekarze żądają informacji, gdzie odwieźć babcię. Nie chcą jej dłużej zatrzymywać.

Agnieszka jest na trzecim roku studiów pedagogicznych, jej młodszy brat, Krzysztof, dostał się właśnie na prawo, Michał jest licealistą i zapalonym sportowcem. Jego hobby – sporty ekstremalne jest kosztowne. Chociaż wszyscy członkowie rodziny się kochają, widują się raczej rzadko i niewiele ze sobą rozmawiają.

- Jesteśmy argumentem rodziców na to, że w naszym domu nie ma miejsca dla babci – podkreśla z goryczą Agnieszka, która przez braci uważana jest za przewrażliwoną “mimozę”. – No bo gdzie? Mamy trzy pokoje. W jednym śpią rodzice, w drugim bracia, w trzecim ja. O zamianie mieszkanie nie ma mowy. Nikt z nas nie przesiaduje w domu i naprawdę trudno byłoby nam zająć się chorą babcią. Ale przecież można byłoby zorganizować jakąś dochodzącą opiekunkę.

Agnieszka rozmawiała na ten temat z matką i usłyszała, że ich na to nie stać. Ona i jej studiujący brat, plus sportowe zajęcia Michała, jego korepetycje i kursy językowe, raty, różne rachunki, samochód – pochłaniają wszystkie dochody.

- Dowiedziałam się, że nie mamy żadnych oszczędności, żyjemy od pensji do pensji – dodaje dziewczyna. – Renta babci jest niska i na pewno nie wystarczy na wszystkie wydatki związane z pielęgnacją. Mama mi to nawet dokładnie wyliczyła na papierze.

Chciałabym umrzeć
- Czy ty wiesz, co to znaczy schorowany, bezradny człowiek w domu? – przekonywała matka. – Babcia musi leżeć, nie wolno jej zostawiać samej. A my nie mamy miejsca, czasu ani warunków na to, żeby z domu robić szpital.

Agnieszka wie, że babcia wymaga specjalistycznej opieki. Jest nie tylko słabsza fizycznie, ale także psychicznie. Zapomina, co mówiła przed chwilą, całymi dniami milczy, do nikogo się nie odzywa, niczym się nie interesuje.
- Chciałabym już umrzeć – powiedziała kiedyś do Agnieszki. – Nikomu nie jestem potrzebna.

Dziewczyna pamięta inne czasy. Kiedy dzieci były małe, babcia mieszkała z nimi, a rodzice pracowali. Spała wtedy z wnuczką, zajmowała się dziećmi i gotowała posiłki. Trwało to wszystko do czasu, kiedy najmłodszy Michał mógł pójść do przedszkola. Babcia wtedy wróciła do swojego mieszkania. Ale i tak pomagała, jak mogła. Gotowała im na przykład gołąbki czy bigos na kilka dni, zapraszała na niedzielne obiady, zabierała wnuki na wakacje na wieś. Rodzice nie zawsze dobrze zarabiali.

- Babcia już dawno owdowiała, ale była zaradna, zawsze miała dla nas parę groszy w potrzebie – wspomina Agnieszka. – Nigdy niczego dla siebie nie żądała. Miała osobne, niewielkie mieszkanie. Czasem wyjeżdżała do drugiego syna, ale on mieszka daleko i niezbyt dobrze mu się wiedzie.

Czułaby się potrzebna
Starsza pani jest zdana właściwie tylko na nich. Drugi syn rozwiódł się, nadal jednak mieszka z byłą żoną. Zajmuje jeden pokój. Ciągle piętrzą się tam konflikty.

- Brat ojca powiedział, że może łożyć pewną sumę, ale nie może wziąć matki do siebie – mówi Agnieszka.
Cała rodzina jakby pogodziła się z sytuacją, że starsza pani trafi do jakiegoś domu opieki.

- Będziemy ją często odwiedzać, a pewność, że ma staranną, profesjonalną opiekę, jest bardzo ważna w jej sytuacji – wyjaśnił ojciec, nie patrząc Agnieszce w oczy.

- Ledwo sobie ze wszystkim radzę, codziennie padam z nóg. Na pewno to ja w końcu musiałabym zająć się babcią, a już nie mam na to siły – przyznała matka.

- Co to za trudność, skoczyć do babuli – bagatelizował brat Krzysztof. – Będzie miała towarzystwo, a tutaj siedziałaby sama jak palec.

Tylko Agnieszka uważa, że wszyscy są nie w porządku. Także ona, ale jest przecież finansowo zależna od rodziców.
Zaproponowała inne wyjście z sytuacji. Będzie dzielić pokój z babcią, jej mieszkanko się wynajmie, a pieniądze przeznaczy na opłacenie pielęgniarki. Po południu każdy poświęci babci część swojego czasu.

- Jestem pewna, że kiedy czułaby się potrzebna, nie leżałaby ciągle w łóżku. Wszystko mogłoby się dobrze ułożyć. Rodzice nie chcą o tym słyszeć. Babcia ciągle nie wie, co z nią będzie. Czy moja mama nie boi się, że ją także spotka kiedyś taki los? – pyta retorycznie dziewczyna.

* * *

Studentka pedagogiki nie może pogodzić się z decyzją rodziców, którzy nie chcą przyjąć do swojego domu niedołężnej i ciężko chorej babci. Obawiają się nie tylko kosztów, ale także zmiany całego trybu swojego życia, nadmiaru obowiązków, kłopotów, a może i patrzenia na jej cierpienie, któremu trudno zaradzić. Agnieszka jednak uważa, że przy dobrej woli znajdzie się miejsce dla babci, która kiedyś pomagała im w potrzebie. Jakie jest twoje zdanie? Czy uważasz, że młodzi powinni podjąć się trudu opieki nad bezradnymi rodzicami? A może należy rozwijać sieć domów opieki społecznej? Czy spotkałeś się z podobną sytuację? Co zrobiłbyś na miejscu rodziców Agnieszki?

DODAJ SWOJĄ OPINIĘ

Zdaniem specjalistów

dr RENATA ROSMUS, psycholog społeczny:
- W naszym społeczeństwie panuje kult młodych i sprawnych, nawet jeśli nie chcemy się do tego przyznać. Na ćwiczeniach psychologicznych studenci mieli wskazać, kogo wzięliby ze sobą do schronów przeciwatomowych. Okazało się, że chętniej uchroniliby przed katastrofą przestępców niż starców, pod warunkiem że dewianci będą młodzi. Wynika z tego, że nawet w krytycznej sytuacji starzy ludzie nie mogą liczyć na wsparcie młodych. Uważa się, że starcy już swoje przeżyli, nie warto w nich inwestować. Pieniądze należą się młodym.

Granica młodości stale się obniża. Można się o tym przekonać, przeglądając oferty pracy. Starzy są akceptowani tak długo, dopóki mogą dawać. Jeśli sami czegoś oczekują, zaczynają się problemy. Psycholog Eric Erikson zauważył kiedyś, że starość wtedy jest mądrością, gdy może nadal z ciekawością obserwować świat. W Polsce starym ludziom na to się nie pozwala, skazuje na samotność i odosobnienie. Wtedy tracą chęć do życia, wegetują i umierają. Z drugiej jednak strony młodsi często nie mają dobrych warunków mieszkaniowych, brakuje im pieniędzy i czasu dla własnych dzieci. Trzeba naprawdę wielkiego oddania i miłości, żeby w takiej sytuacji zająć się bezradnym rodzicem. Państwo na pewno nie ułatwia im takiej decyzji.

dr JAROSŁAW DEREJCZYK, lekarz gerontolog:
- W Stanach Zjednoczonych starszy człowiek ma osiem źródeł finansowania, więc jego starość może być wygodna. W Polsce często bywa udręką, także dla bliskich. Ten problem dotyka coraz większej grupy ludzi, bo w naszym kraju co roku przybywa 2 proc. ludzi po 60. roku życia. W tej chwili mamy około 750 tys. osób w tym wieku.

Nie wszyscy starsi ludzie znajdą opiekę w domach swoich bliskich – ze względów finansowych czy też z powodu braku więzi emocjonalnych z rodziną. Ostatnio pojawiło się dużo dobrych domów opieki, można więc znaleźć taki ośrodek w pobliżu miejsca zamieszkania. Niestety, rodziny pacjentów są często niedoinformowane, krążą opinie, że to miejsca trudno dostępne i drogie. Zwykle za pobyt płaci się 70 procent dochodów pensjonariusza, niezależnie od ich wysokości. Kasa Chorych finansuje także opiekę nad starszym pacjentem w domu. Coraz częściej zatem można znaleźć dobre wyjście z sytuacji. Najgorszą rzeczą jest pozostawienie starszej, bezradnej osoby w szpitalu, w poczuciu odrzucenia i niepewności.

Autor artykułu: GRAŻYNA KUŹNIK

Miejsca wystarczy

Friday, November 30th, 2001

Dwa miesiące trwała przeprowadzka archiwum z trzech rozsypujących się budynków do nowoczesnych pomieszczeń Książnicy Cieszyńskiej. W końcu w ub. tygodniu placówkę otwarto. – Spełniły się marzenia historyków i wielu ludzi związanych w mieście z kulturą. Udało się nam wypracować kompromis, który teraz pozwoli żyć książnicy i archiwum w zgodzie – mówił podczas uroczystości burmistrz Bogdan Ficek.

Sprawa przeprowadzki cieszyńskiego oddziału Archiwum Państwowego, które od 1952 roku działa pod kuratelą Katowic, ciągnęła się kilka lat i wywoływała wiele emocji. Budynki, w których placówka działała, były w katastrofalnym stanie technicznym, akta gniły, leżały na podłodze, bo na regałach nie było miejsca. Katowice chciały je wywieźć do swojej nowoczesnej siedziby, ale nie spodobało się to miejscowym władzom i historykom. Batalia trwała bardzo długo. W końcu strony sporu doszły do porozumienia. Ustalono, że archiwum zostanie nad Olzą, ale przeniesie się do nowego budynku Książnicy Cieszyńskiej.

Przeprowadzka właśnie się zakończyła. Do książnicy trafiło 60 tys. teczek (około 90 metrów bieżących) akt. Docelowo w magazynie może się zmieścić 1500 mb dokumentów, tyle że w pomieszczeniu trzeba będzie dostawić kolejne rozsuwane, metalowe szafy. Kierownictwo archiwum odetchnęło. – Akta wreszcie będą przechowywane w godnych warunkach. Mamy tutaj alarmy przeciwpożarowe i antywłamaniowe – mówi Anna Machej, kierowniczka oddziału. Z przeprowadzki cieszy się też dyrektor Archiwum Państwowego w Katowicach. – Wiele przemawiało zarówno za scentralizowaniem akt, jak i pozostawieniem ich w Cieszynie. Górę wzięła kultura. Okazało się, że połączenie państwowego archiwum z samorządową książnicą było możliwe. Cieszyniacy zasługują na archiwum – przekonuje Zygmunt Partyka.

Archiwum w Cieszynie jest bardzo ważne dla historyków i miasta. Jego zbiory są unikatowe. Do najcenniejszych należą akta Komory Cieszyńskiej z lat 1438-1920, zawierające dokumenty pergaminowe, księgi i akta powstałe w kancelarii książąt cieszyńskich. Inne cenne źródło stanowi zbiór 290 dokumentów pergaminowych od 1388 roku oraz akta Rady Narodowej dla Księstwa Cieszyńskiego i Tymczasowej Komisji Rządowej Śląska Cieszyńskiego, które przedstawiają powstanie i działalność pierwszej po odzyskaniu niepodległości polskiej władzy na ziemi cieszyńskiej. Wkrótce do archiwum trafią też dokumenty obejmujące lata 1896-1918. Z samego tylko Sądu Rejonowego w Cieszynie do archiwum powinno trafić 1,5 kilometra akt, a w kolejce są jeszcze dokumenty z niektórych zakładów pracy. – Będziemy je przejmować stopniowo przez kolejne lata. Sądzę, że miejsca wystarczy na najbliższych kilkanaście lat – uważa Partyka.

Archiwum wzbogaciło się ostatnio o bardzo cenny dokument sprezentowany przez Stefanię i Pawła Zenderów z Cieszyna. Jest to odpis z 1726 roku dyplomu rycerskiego Albrechta i Jakuba Cselestów wystawiony 10 maja 1629 roku w Wiedniu przez cesarza Ferdynanda I.

Autor artykułu: WOJCIECH TRZCIONKA

Nóż na gardle

Friday, November 30th, 2001

Cztery dni potrwa wyłączanie kolejno 698 latarni – 40 proc. oświetlenia Skoczowa. – Zaczynamy w nocy z poniedziałku na wtorek. To smutna konieczność i mam nadzieję, że mieszkańcy przyjmą ją ze zrozumieniem – mówi burmistrz Jerzy Malik.

Latarnie zostaną wyłączone głównie na ulicach wylotowych ze Skoczowa tam, gdzie panuje najsłabszy ruch pieszych i mieszka mało ludzi. Wszystko po to, żeby skoczowiacy jak najmniej dotkliwie odczuli skutki decyzji urzędników. Prąd nie będzie dopływał na przykład do latarni w Wilamowicach, Pierśćcu, przy ulicach Katowickiej, Cieszyńskiej, Stalmacha, Objazdowej czy w części osiedla Górny Bór, ale tylko w godzinach między północą a czwartą rano. Wieczorem latarnie będą świeciły jak zwykle. – Brenna robi już tak trzy lata. Toruń, z tego co wiem, też stosuje takie praktyki. Nie jesteśmy więc jedyni – mówi Malik.

Dlaczego miasto zdecydowało się na taki krok? Skoczów podpisał z wojewodą śląskim umowę, która zobowiązuje miasto do utrzymywania wojewódzkich dróg, w tym ich oświetlania. Wojewoda ma za to miastu refundować poniesione koszty. Problem w tym, że z powodu kłopotów finansów państwa od dłuższego czasu nie robi tego. Zaległości przekroczyły już 125 tys. zł, a miasto nie ma więcej pieniędzy na dopłacanie do interesu, więc wspólnie z energetyką zdecydowało o wyłączeniu oświetlenia. Władze liczą, że w ten sposób zaoszczędzą w ciągu roku 54 tys. zł.

- Może ludzie będą się denerwować, bo posunięcie jest kontrowersyjne, ale mamy nóż na gardle i musimy coś zrobić – przekonuje Malik. – Latarnie włączymy dopiero, kiedy wojewoda śląski odda nam pieniądze za oświetlanie jego dróg. Może to jednak nastąpić nieprędko. Na razie obiecał nam tylko zwrot 12 proc. poniesionych kosztów. Policja została już poinformowana o decyzji i zaakceptowała ją. Liczymy, że w miejscach, gdzie latarnie nie będą świeciły, patrole zostaną wzmocnione. Centrum miasta nadal będzie oświetlane.

Latarnie włączymy dopiero jak wojewoda śląski odda nam pieniądze za oświetlanie jego dróg

Autor artykułu: WOJCIECH TRZCIONKA

Gwarowy konkurs

Friday, November 30th, 2001

Mottem VI Konkursu Gwary Śląskiej stały się słowa piosenki: “Bo Hanys chce mówić, a Gorol chce godać”. Konkurs Gwary Śląskiej odbył się już po raz szósty w Górnośląskim Centrum Edukacyjnym.

Jury konkursu, w skład którego wchodzili m.in. Stefania Grzegorzyca, autorka wierszy pisanych gwarą i kierowniczka zespołu “Wrazidloki” i Jan Ballarin, dyrektor Państwowej Szkoły Muzycznej w Gliwicach, nagrodziło następujące osoby: I miejsce zdobyła Elżbieta Plaza z III LO w Gliwicach, przygotowana pod kierunkiem Ewy Grynickiej; II miejsce – Joanna Sosna z I LO w Mikołowie, podopieczna Ireny Radomskiej; III miejsce – Monika Wyciślok z IV LO w Gliwicach, uczennica Izabeli Kosar. Dodatkowo, spośród siedemnastu występów jury wyróżniło Magdalenę Łonczek i Przemysława Drzazgę z GCE za zabawną adaptację sceniczną ,Rzepki” Juliana Tuwima, Bartłomieja Smolarczyka z Ogniska Pracy Pozaszkolnej nr 3 w Zabrzu za walory tekstu własnego o zabrzańskich zabytkach oraz Weronikę Kubinę z IV LO w Gliwicach.

Autor artykułu: (bes)

Zamiast chemii

Thursday, November 29th, 2001

Ośrodek Diagnostyki i Terapii Laserowej Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Bytomiu świętował wczoraj czwarte urodziny. To jedyny ośrodek w Polsce i jeden z kilku w Europie, który prowadzi się fotodynamiczną diagnostykę nowotworów.

- Metoda uznawana jest za jedną z najbezpieczniejszych i jednocześnie najskuteczniejszych w leczeniu różnego rodzaju nowotworów. Pozwala na precyzyjne zniszczenie jedynie chorych komórek. Jest więc alternatywą dla chemioterapii, radioterapii i chirurgii, które niszczą również zdrowe tkanki. W przeciwieństwie do innych metod, ta może być powtarzana kilkakrotnie – wyjaśniał wczoraj prof. dr. hab. n. med. Aleksander Sieroń, który kieruje Katedrą i Odziałem Klinicznym Chorób Wewnętrznych i Medycyny Fizykalnej w bytomskim szpitalu.

Diagnozowanie raka metodą fotodynamiczną przypomina normalne badanie endoskopowe. Leczenie polega natomiast na poddaniu chorej tkanki pacjenta działaniu światła laserowego.

Metoda ma szczególne znaczenie przede wszystkim w bardzo wczesnej diagnostyce zmian przednowotworowych, które nie są jeszcze widoczne dla ludzkiego oka.

- Jest zatem bardzo ważna dla osób, u których występuje ryzyko choroby nowotworowej. Przynosi dobre efekty zwłaszcza w wykrywaniu zmian nowotworów układu moczowego, jelita grubego, jamy ustnej, krtani, przełyku, skóry czy oskrzeli – wylicza Wojciech Cebula, wicedyrektor szpitala ds. lecznictwa.

W ciągu czterech lat przez ośrodek przewinęło się ponad tysiąc pacjentów. Lekarze, szkoleni m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Holandii, wykonali dwa razy tyle badań.

Wczorajsze urodziny ośrodka świętowane były podwójnie. Placówka otrzymała bowiem właśnie najnowszej generacji laser Diomed 630. Laser warty jest ponad 100 tys. Częściowo sfinansował go Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia. Tak nowoczesnego sprzętu nie było jeszcze w ośrodku.

- Laser jest nie tylko nowoczesny, ale również wyjątkowo poręczny – mówi Cebula. Następnym etapem w wyposażaniu ośrodka będzie kupno specjalnego zestawu do ultrasonografii endoskopowej, który umożliwiać będzie określenie stopnia zaawansowania zmian nowotworowych pacjenta.

Autor artykułu: JOANNA LIDOCHOWSKA

Wrażliwa sztuka

Thursday, November 29th, 2001

“Pierwsze Zderzenia Działań Wrażliwych” – taki niecodzienny tytuł nosi impreza, która w najbliższą sobotę odbędzie się w Domu Zdrojowym w Jastrzębiu. W programie są między innymi spektakl rybnickiego Teatru Plastycznego Mariana Bednarka zatytułowany “Pressum” i otwarcie wystawy malarstwa Adama Szramowskiego.

Performance “Człowiek wielopojawieniowy” przedstawi teatr “Monitoring” z Jastrzębia. Na koniec wystąpi miejscowy zespół “Tres Dżes”.

Impreza zaczyna się o godzinie 17. Wstęp jest wolny.

Autor artykułu: (adr)

Bez zaplecza

Thursday, November 29th, 2001

Zimna woda, nie ogrzewana hala, permanentne kłopoty finansowe, to codzienność bytomskich bokserów. Trzy medale młodych pięściarzy Szombierek Bytom w Pucharze Polski to znak, że w sekcji dzieje się jeszcze coś dobrego. Damian Jonak, Mariusz Flis i Robert Trzeba przypomnieli w listopadzie, że Szombierki nadal egzystują na bokserskiej mapie Polski.

Zdobyli trzy medale w finałach Pucharu Polski juniorów i kadetów.

Wizytówką klubu są ostatnio wyniki Jonaka, brązowego medalisty mistrzostw Europy juniorów, który ma już za sobą bardzo udane występy w ekstraklasie seniorów, w barwach Imeksu Jastrzębie. Bezapelacyjnie triumfował w PP i zasłużenie otrzymał tytuł najlepszego boksera tych zawodów.

- To był mój ostatni występ w juniorach i chciałem pokazać się z jak najlepszej strony. Teraz myślę już tylko o tym, co mnie czeka w gronie seniorów. Na razie wiedzie mi się dobrze – mówi Jonak.

- Jonak stoczył już w ekstraklasie dwie walki i obie wygrał. To dla niego bardzo ważne zwycięstwa. W Jastrzębiu trenerami są Zbigniew Kicka i Andrzej Porębski. Z Kicką spotkałem się kiedyś w finale mistrzostw Polski. Przegrałem, ale zdobyłem srebrny medal. Wierzyć się nie chce, że to było 23 lata temu. Kicka na pewno dobrze poprowadzi Damiana – mówi Marek Okroskowicz, trener Szombierek.

Medal w Pucharze Polski juniorów zdobył także Flis, który, podobnie jak Jonak, przejdzie w przyszłym roku do seniorów.

- W pucharze walczy ośmiu najlepszych zawodników z Polski. Żeby dostać się do finałów, trzeba przejść eliminacje strefowe. W finałach PP wygrałem dwie walki z medalistami mistrzostw Polski. Przegrałem niestety ostatni pojedynek i zdobyłem srebrny medal – mówi Flis.

Do grona medalistów PP dołączył kilka dni temu 16-letni Trzeba. Zdobył w Grudziądzu brązowy medal.

- Największym problemem jest brak odpowiednich warunków do treningu. Zimna woda i nie ogrzana hala w Szombierkach to nasze codzienne kłopoty. Szukamy nowego miejsca do treningów. Są wyniki, ale zaplecze sekcji jest liche – mówi Andrzej Filipek, działacz Szombierek i wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego.

- Z Flisem jeżdżę na zawody własnym samochodem. Ani ja, ani zawodnik nie dostajemy nawet diety. Chciałem już zakończyć pracę w Szombierkach, bo sekcja wisi w próżni. Jednak dałem się przekonać, żeby jeszcze popracować z bytomską młodzieżą. Medale mobilizują – mówi Marian Łagocki, trener Szombierek.

Na treningi do Szombierek przychodzi 30, 40 chłopców. Boks wciąż cieszy się popularnością w Bytomiu.

Autor artykułu: ANDRZEJ MADEJCZYK

Krew za “dziękuję”

Tuesday, November 27th, 2001

Krew jest postrzegana w wielu różnych wymiarach. To nie tylko miłość, ale i nienawiść. To także życie i zdrowie, ofiarność i braterstwo ? mówił do licznie zgromadzonych w sali “Montochemu” krwiodawców Jerzy Gajda, prezes Zarządu Rejonowego Polskiego Czerwonego Krzyża w Gliwicach.

Choć krwiodawców od lat ubywa, w Gliwicach parę lat temu ustabilizowała się ich liczba. Zarejestrowanych jest ponad 3 tysiące 700 takich osób, a na pobierania krwi regularnie stawia się około 1890. To grupa mobilna i gotowa do podzielenia się tym cennym darem, jaką jest krew, gdy szpitale apelują: więcej krwi! Przykładem służy także młodzież. Przy gliwickich szkołach działają cztery kluby młodzieżowe. Szczególnie wyróżniają się uczniowie z Zespołu Szkół Kolejowych. Młodzi “kolejarze” zajęli w tym roku drugie miejsce w województwie pod względem oddanej krwi.

- Niestety, od lat przywileje wynikające z faktu oddawania krwi funkcjonują jedynie na papierze. Chodzi m.in. o wchodzenie bez kolejki do lekarza, a także wolny dzień tuż po pobraniu krwi. Krwiodawcy praktycznie mogą jedynie liczyć na posiłek, który musi dostarczyć 4 tysiące 500 kalorii oraz słowo “dziękuję”- dodaje Józef Banach, prezes Miejskiego Klubu Honorowych Dawców Krwi.

Podczas uroczystości szczególnie zasłużonym wręczono medale i odznaczenia. Wśród osób wyróżnionych odznaczeniami I stopnia (przysługującym tym, którzy oddali najwięcej krwi) znaleźli się: Stanisław Dziadek, Dariusz Hałasa, Władysław Janik, Rafał Piotrowski (24 250 ml), Barbara Piotrowska, Kazimierz Szymański, Kazimierz Telaga, Beata Tabor (21 700 ml), Franciszek Trautmann i Mieczysław Zalewski.

Autor artykułu: (jh)